Kiedy zasiadam do klawiatury, zawsze ogarnia mnie swoistego rodzaju podniecenie, co wyjdzie z mojej głowy tym razem. Jaka myśl zakwitnie i pojawi się na tej elektronicznej kartce papieru? Styczeń sprzyja takim momentom — to czas cichego budzenia pragnień, snucia marzeń i bardzo ostrożnego szkicowania planów. Niech ten wpis będzie właśnie takim zanurzeniem się w moje odczucia na progu nowego roku.
Styczeń – czas ciszy i nowego początku
W poprzednim wpisie w ramach mojego cyklu Notes from Cottage Garden pisałam o tym, co minęło. W tekście opisałam moje uczucia i jakie emocje targały mną w związku z opuszczeniem dotychczasowego miejsca.
Pisałam o tym, co zostało za mną, i o emocjach towarzyszących opuszczaniu miejsca pełnego wspomnień — zarówno tych jasnych, jak i trudnych. Zamykanie bramy nigdy nie jest proste, szczególnie gdy prowadzi ona do ogrodu utkanego z codzienności, radości i strat.
Nature does not hurry, yet everything is accomplished.
(Lao Tzu)
A jednak styczeń przynosi mi coś na kształt ukojenia. Spływa spokojem, który nie domaga się decyzji ani tempa.
Pierwsze dni nowego roku powitały nas krajobrazem niemal krystalicznym. Zima objęła wszystko śnieżnym puchem, a ja z okien jadalni obserwuję, jak zielony trawnik znika pod miękką warstwą bieli. Ten widok — tak nietypowy dla tej części Wielkiej Brytanii — działa jak oddech: powolny, głęboki, wyciszający. Cisza w ogrodzie ma tutaj swój własny dźwięk.
Ogród, cierpliwość i zwykłe życie
Czysta, biała karta — dokładnie tak wygląda nowy etap naszego życia w tym miejscu. Choć styczeń sprzyja bezruchowi, nie potrafię całkowicie próżnować. Sięgnęłam po książki o projektowaniu ogrodów, kartkuję je z kubkiem herbaty w dłoni i zapisuję kolejne nazwy roślin. Są tam byliny, krzewy, drzewa, które dobrze odnajdują się w tutejszym klimacie — odporne na wilgoć, wiatr i kaprysy brytyjskiej pogody.
Lista marzeń ogrodowych już teraz jest długa — i wiem, że wystarczy na kilka sezonów. To moja pierwsza styczniowa lekcja cierpliwości.



Pierwsze dni powitaliśmy w wyjątkowo klarowny i czysty sposób, zima i śnieżny puch zawładnął krajobrazem. Z okien mojej jadalni obserwować mogę znikający pod śnieżnymi płatkami zielony trawnik.





Nie należę do osób wyjątkowo cierpliwych, ale ogród od lat uczy mnie odpuszczania. Przestałam oczekiwać natychmiastowych efektów. Zrozumiałam, że wzrost — czy to roślin, czy nas samych — potrzebuje czasu. Kto nigdy nie czekał na pierwsze pąki albo nie wypatrywał nowych liści po długiej zimie, ten nie wie, jak wymagającą sztuką bywa ogrodnicza cierpliwość. Rytm pór roku jest w tym zakresie najlepszym nauczycielem, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Polsce, Wielkiej Brytanii czy po drugiej stronie oceanu.
Styczeń często przedstawiany jest jako miesiąc radykalnych postanowień: nowa ja, nowy plan, nowy karnet na siłownię i lista celów do odhaczenia. Ta narracja potrafi być męcząca, a czasem wręcz przytłaczająca.




Tymczasem natura wybiera coś zupełnie innego. W ogrodzie panuje cisza. Nie ma tu pośpiechu ani gwałtownej energii. Jest sen, regeneracja i święty spokój. Może warto przenieść tę filozofię na własne życie? Zamiast kolejnych list — pozwolić sobie na pauzę.
Lista roślin może poczekać. Wakacyjne plany same się wyklarują. A ja z radością będę nadal obserwować wiewiórki urządzające swoje poranne gonitwy po ogrodzie — to jedyne przyspieszenie, na jakie tej zimy mam ochotę.
Lista roślin więc może poczekać, plany na wakacje również się same pojawią. Z radością obserwować nadal będę gonitwy wiewiórek po moim ogrodzie, takie przyspieszenie może pozostać.
A co tam słychać u Ciebie?
Jak wygląda Twój styczeń — pełen planów czy raczej cichego odpoczynku?
Czy mieszkając daleko od „swojego miejsca”, potrafisz odnaleźć spokój w codziennych, prostych rytuałach?

Zostaw ślad swojej wędrówki – napisz, co Cię poruszyło