Wrzesień przyniósł mi w tym roku coś więcej niż tylko zmianę kartki w kalendarzu. Był czasem spotkań, wspólnych podróży, małych przyjemności i pięknych chwil, ale też powolnego przechodzenia z jednego etapu w drugi.
Lato, które było niezwykle intensywne, zaczęło ustępować miejsca jesieni, a ja z coraz większą radością myślałam o tym, co przyniesie kolejny sezon.
W tym miesiącu mieliśmy również przyjemność gościć przyjaciela Krisa, co stało się okazją do wielu wycieczek i pokazania mu miejsc, które lubimy, oraz kawałka naszego świata. Było więc trochę podróżowania, odkrywania i wspólnego spędzania czasu, ale znalazło się też miejsce na zwyczajne przyjemności i refleksje, które zostają z nami na dłużej.
Zapraszam na moje wrześniowe wspomnienia.
Widok miesiąca- Clun oraz zamkowe ruiny

Bywa tak,że urok niektórych miejsc najpełniej odkrywa się z pewnej odległości. Wystarczy spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy, by zrozumieć, dlaczego tak bardzo przyciągają wzrok.
We wrześniu jednym z takich widoków była dla mnie wieś Clun i ruiny zamku górujące nad miejscowością.
Szczególnie pięknie prezentowały się właśnie od strony wioski, wpisując się w otaczający krajobraz i tworząc obraz, od którego trudno oderwać wzrok.

Ruiny na wzgórzu przypominają o minionych czasach, a jednocześnie są po prostu pięknym elementem krajobrazu, który można podziwiać podczas zwyczajnego spaceru po okolicy.

Wrzesień i jego przyroda – powrót zieleni po suszy

Tegoroczne lato dało się przyrodzie mocno we znaki. Długotrwała susza sprawiła, że trawy straciły swoją soczystą zieleń, a wiele pastwisk wyglądało tak, jakby przyroda na chwilę zapomniała, czym jest prawdziwe lato.
Na szczęście na początku września, przyszedł deszcz.
Nagle krajobraz zaczął się zmieniać. Trawa odzyskiwała zielony kolor, pastwiska ponownie nabierały życia, a okolica z każdym kolejnym dniem wyglądała coraz bardziej świeżo.

Było w tym coś niezwykle pokrzepiającego, tak jakby natura, po długim okresie oczekiwania, wreszcie mogła odetchnąć.
Co ciekawe, ta tegoroczna susza przywołała mi na myśl lato 1976 roku, kiedy przyszłam na świat. Tamten rok również zapisał się w historii Wielkiej Brytanii jako czas wyjątkowo dotkliwy jeśli chodzi o letnie temperatury.
Trudno nie dostrzec tej symbolicznej zbieżności — rok mojego urodzenia i lato 2026, w którym przyroda znów tak mocno odczuła brak deszczu.
Wrześniowa zieleń miała jednak w sobie coś jeszcze. Wśród soczystych traw zaczęły pojawiać się czerwieniejące owoce kaliny,czy głogów przypominające, że jesień już puka do drzwi.

Dwa światy spotkały się w jednym krajobrazie: świeżość odradzającego się lata i pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni.
Miejsce odwiedzone we wrześniu- Black Country Living Museum

Wrzesień obfitował w odwiedziny i wycieczki, a wśród wielu miejsc, które mieliśmy okazję zobaczyć, szczególne miejsce zajęło Black Country Living Museum.
Wróciliśmy tam po raz kolejny, tym razem w towarzystwie przyjaciela Krisa, który przyleciał do nas z wizytą. Lubię wracać do miejsc, które już znam, zwłaszcza kiedy mogę pokazać je komuś bliskiemu i spojrzeć na nie trochę inaczej.










Black Country Living Museum to coś więcej niż skansen czy zbiór zabytkowych budynków. To miejsce pozwalające zajrzeć w przeszłość regionu, zrozumieć jego przemysłowe dziedzictwo i lepiej poznać historię tej części Anglii, w której dziś mieszkamy.
Spacerując po odtworzonych uliczkach, zaglądając do dawnych warsztatów i domów, można wyobrazić sobie codzienne życie ludzi, którzy tworzyli historię tego regionu.

Myślę, że powrót tam w towarzystwie naszego gościa miał dodatkową wartość. Wspólne zwiedzanie to przecież nie tylko oglądanie kolejnych atrakcji, ale również rozmowy, dzielenie się wrażeniami i pokazywanie drugiej osobie tego, co sami uważamy za warte poznania.
Black Country Living Museum wybieram więc na miejsce września – za historię, którą pozwala odkrywać, za atmosferę i za możliwość ponownego spotkania z przeszłością regionu, który stał się częścią naszej codzienności.
Niespodzianka miesiąca- moja książkowa pasja

Niespodzianki przychodzą zupełnie nieoczekiwanie. Taki już jest ich urok.
Tak właśnie było w przypadku Polonijnych Targów Książki – relację znajdziecie TUTAJ.
Na targi pojechałam przede wszystkim jako miłośniczka literatury, osoba, która lubi odkrywać nowe tytuły i dzielić się swoimi czytelniczymi wrażeniami z innymi tutaj na blogu oraz za pośrednictwem mediów społecznościowych.
Na miejscu okazało się jednak, że nie jestem tam wyłącznie jako czytelniczka szukająca kolejnych książkowych zdobyczy.
Zostałam zauważona również jako osoba pisząca o książkach. Otrzymałam plakietkę blogera i mogłam uczestniczyć w wydarzeniu trochę bardziej od kuchni, z innej perspektywy niż zwykły odwiedzający.
Niby drobiazg, a jednak bardzo przyjemny gest.

Pisanie o książkach to dla mnie sposób na dzielenie się pasją, rozmowę z innymi czytelnikami i pielęgnowanie więzi z polskim słowem. To coś, co robię z przyjemnością, dlatego tym bardziej miło było poczuć, że ta działalność została dostrzeżona.
Ta niespodzianka uświadomiła mi, że czasem warto spojrzeć na siebie również oczami innych. My możemy traktować nasze zajęcie jako coś naturalnego, co po prostu lubimy robić, a dla kogoś może ono być już częścią większego przedsięwzięcia.
Wrześniowe targi pozostawiły mi więc nie tylko wspomnienia spotkań i książek, ale także poczucie, że moja pasja ma swoje miejsce i może prowadzić do kolejnych ciekawych doświadczeń.
Właśnie za to docenienie jestem naprawdę wdzięczna.
Małe,słodkie momenty – wrzesień od kuchni
Tym razem wracamy do Clun, a wraz z nim do miejsca, które skradło mi serce swoim urokiem — The Maltings Cafe.

The Maltings Cafe nazwałabym kawiarenką różaną. Jej piękne wnętrze ma w sobie coś wyjątkowo przytulnego i romantycznego.



Knajpka prowadzona jest przez starsze małżeństwo, w sumie to idealne połączenie pasji u ich obojga. Ona zakochana w różach mistrzyni cukiernictwa, on trochę artysta a trochę księgowy.
Mieszkanka doskonała, dzięki której na ścianach i we wnętrzu można zachwycić się wyjątkowym wystrojem a na talerzu posmakować wypieków gospodyni. Dodatkowy atut to sąsiedzkie rozmowy napotkanych tutaj gości, z jednej strony przypadkowi podróżnicy jak my lub mieszkańcy wioski ze swoimi lokalnymi anegdotami.
Na szlaku we wrześniu- roadtrips

Wrzesień był również miesiącem wspólnego odkrywania kolejnych zakątków Anglii i Walii. Tym razem zamiast opowiadać o jednej konkretnej wędrówce, postanowiłam spojrzeć na nasze wycieczki jak na jedną większą podróż — road trip z przyjacielem Krisa.
Było sporo przemieszczania się samochodem, oglądania krajobrazów i zatrzymywania się w miejscach, które warto zobaczyć choćby raz w życiu.
Odwiedziliśmy między innymi Caernarfon, poznawaliśmy piękno Snowdonii, wybraliśmy się w rolnicze planery Shropshire i wróciliśmy do Chester.
Każde z tych miejsc ma inny charakter i opowiada własną historię.
Caernarfon przyciąga bogatym dziedzictwem historycznym i walijskim charakterem. Snowdonia zachwyca górskimi pejzażami, które przypominają, jak różnorodna potrafi być przyroda tej części Wielkiej Brytanii. Shropshire prócz rolniczych płuc Anglii jest kolebką rewolucji przemysłowej. Chester zaś urzeka swoją historią i wyjątkową atmosferą.



To była podróż, w której liczyły się nie tylko odwiedzane miejsca, ale również sama droga. Widoki za oknem, rozmowy, wspólnie spędzony czas i możliwość pokazania komuś bliskiemu fragmentu naszego życia tutaj.
A kiedy podróżujemy z kimś, kto jest nam bliski, miejsca nabierają dodatkowego znaczenia. Nie tylko je oglądamy, ale również tworzymy wspomnienia, do których później można wracać podczas kolejnych rozmów.
Magiczny moment września

Niektóre fotografie powstają po długim planowaniu, inne są prezentem od chwili, która pojawia się niespodziewanie i trwa tylko przez moment.
Do tej drugiej kategorii należy moje wrześniowe zdjęcie owiec schodzących ze wzgórza w Peak District.
Zwyczajna scena z życia angielskiej wsi zamieniła się w obraz, który ma w sobie coś niezwykle nastrojowego.
Owce, wzgórze, światło i otaczająca nas przestrzeń. Nic nadzwyczajnego, a jednak wszystko zagrało tak, jak powinno.
Ta scena miała dla mnie również głębsze znaczenie. Wiązała się z poczuciem szczęścia i spełnienia, z tym, że dobrze czujemy się w naszym miejscu na ziemi, wśród krajobrazów, które stały się częścią naszego życia.
Myśl miesiąca- z radością otwieram nowy rozdział
Dla wielu osób wrzesień oznacza początek jesieni, powrót dzieci do szkoły i koniec wakacyjnego odpoczynku. Dla mnie tegoroczny wrzesień będzie jednak przede wszystkim miesiącem zamknięcia.
To lato było niezwykle intensywne, obfitowało w spotkania, wyjazdy, loty samolotem i wiele pięknych doświadczeń. Dużo się działo, często byliśmy w drodze, a do tego upały sprawiały, że nie zawsze łatwo było znaleźć chwilę wytchnienia.
Było to lato pełne życia, ale również takie, po którym człowiek zaczyna marzyć o spokojniejszym rytmie.
Dlatego z taką radością przyjęłam wrzesień. Przyniósł nam jeszcze wizytę przyjaciela, wspólne wycieczki, rozmowy i trochę domowego zamieszania, które przecież również ma swój urok. A potem powoli zaczął przypominać, że nie musimy już być wszędzie i robić wszystkiego.

Nawet przyroda zdawała się uczestniczyć w tym przejściu. Po długiej suszy przyszły deszcze, trawy odzyskały zieleń, a w krajobrazie zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki jesieni. Było to jak ostatnie, łagodne pożegnanie lata — moment, w którym można jeszcze nacieszyć się zielenią, zanim świat zacznie zmieniać kolory.
Zamykam rozdział letni z ostatnim dniem września. Jestem gotowa na przejęcie jesieni.
Niech przyniesie dni spokojne, pełne wytchnienia.
Niech będzie to czas dobrych chwil, pięknych krajobrazów, domowego ciepła i nowych dróg, które jeszcze przed nami.


Zostaw ślad swojej wędrówki – napisz, co Cię poruszyło